Uprawianie sportów - jak najbardziej - przekonują lekarze. Ale trzeba to robić z głową. Jeśli w grę wchodzi sport wyczynowy, lepiej sprawdzić, czy aby na pewno mamy zdrowe serce. A jeśli zwykła, ale intensywna rekreacja, to trzeba się do niej przygotować


Mamy wreszcie coś optymistycznego do powiedzenia w kwestii choroby, która od lat cieszy się wyjątkowo złą sławą - ogłoszono podczas kończącego się dziś dorocznego zjazdu Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego w Sztokholmie. Chodzi o przewlekłą niewydolność serca, która dopada coraz większą liczbę Europejczyków. Ocenia się, że z jej powodu cierpi dziś ok. 15 mln mieszkańców Starego Kontynentu, a niebawem będzie ich jeszcze więcej ze względu na starzenie się społeczeństwa, a także postęp medycyny. Lekarze coraz lepiej leczą tzw. ostre stany (jak np. zawały) i m.in. dlatego chorych z przewlekłą niewydolnością serca przybywa.

Serce u osoby dotkniętej chorobą nie ma siły pompować krwi. W efekcie tkanki dostają zbyt małą jej porcję i organizm jest niedotleniony. Konsekwencje są bardzo poważne - wysoka śmiertelność, częste pobyty w szpitalu i bardzo słaba jakość życia. Ocenia się, że połowa pacjentów umiera w ciągu czterech lat, śmiertelność jest tu więc wyższa niż w większości chorób nowotworowych!

Badanie, którego wyniki ogłoszono w Sztokholmie (jednocześnie ukazały się też one w "Lancecie"), dowodzi, że włączenie jednego dodatkowego leku do dzisiejszej - najlepszej z możliwych - terapii przynosi wyraźną korzyść znacznej grupie pacjentów. Wzięło w nim udział aż 6505 chorych z 37 krajów (w tym 480 z Polski). Średnia ich wieku wynosiła 60 lat, ponad jedną czwartą stanowili mężczyźni. Połowa pacjentów dostawała (oprócz normalnie przyjmowanych leków) iwabradynę - preparat obniżający liczbę uderzeń serca na minutę - a połowa substancję obojętną dla zdrowia, czyli tzw. placebo. Do badania zaproszono wyłącznie tych chorych, których serca biły dość szybko (średnio ok. 80 uderzeń na minutę). Jeśli bowiem u kogoś częstość pulsu była już niska (np. w granicach 60), nie było sensu obniżać jej dalej.

Badanie trwało 23 miesiące. W jego wyniku okazało się, że chorzy, którzy dodatkowo przyjmowali lek, rzadziej lądowali w szpitalu, rzadziej też umierali z powodu niewydolności serca. Krzywe ilustrujące losy pacjentów z lekiem i z placebo "rozjeżdżały się" już po trzech miesiącach, a pod koniec trwania badania różnica dotycząca zarówno śmiertelności, jak i hospitalizacji wynosiła aż 26 proc. Efekt ów nie zależał od wieku, płci pacjenta, dotychczasowego leczenia ani od tego, czy chory cierpiał dodatkowo na cukrzycę bądź nadciśnienie. Liczyło się wyłącznie to, czy jego serce przed terapią bije wolno, czy szybko. A ponieważ w grupie chorych na przewlekłą niewydolność serca szybki puls stwierdza się u ponad połowy, potencjalne korzyści z zastosowania leku mogą być ogromne.

Żelazo leczy serce

O zupełnie innym pomyśle poprawienia doli chorych z przewlekłą niewydolnością serca mówili w Sztokholmie Polacy. Prof. Piotr Ponikowski, szef Kliniki Chorób Serca Akademii Medycznej we Wrocławiu i Kliniki Kardiologii 4. Wojskowego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu, przedstawił pierwsze dowody na to, że pomocne może się tu okazać żelazo.

Kardiolodzy do tej pory raczej obawiali się tego pierwiastka. Wydawało się, że nadmiar żelaza może uszkadzać komórki w wyniku tzw. stresu oksydacyjnego. - Zauważyliśmy jednak, że jak żelaza brakuje lub nie może być ono wykorzystane, choć jest obecne, organizm też cierpi, a tak jest np. u dużej części osób zmagających się z przewlekłą niewydolnością nerek - powiedział "Gazecie" prof. Ponikowski. - Postanowiliśmy we współpracy z kolegami z Zabrza sprawdzić, czy podobnie nie dzieje się u pacjentów z niewydolnością serca i czy podanie żelaza nie wyjdzie im na dobre.

500 chorych przez pół roku dostawało dożylnie żelazo (ponieważ jest ono brązowe, po to, by ani chorzy, ani lekarze nie wiedzieli, kto otrzymuje lek, a kto placebo, używano specjalnych czarnych strzykawek). Następnie sprawdzono samopoczucie chorych, oszacowano jakość ich życia, a także zbadano, jak znoszą wysiłek fizyczny. Ku zadowoleniu lekarzy poprawiły się wszystkie te trzy parametry. Chorzy utrzymywali, że czują się lepiej (ich stan podobnie ocenili lekarze). Ich tolerancja wysiłku wzrosła - byli w stanie przejść w ciągu sześciu minut wyraźnie dłuższy dystans.

Wyniki uzyskane przez Polaków zyskały już uznanie recenzentów "New England Journal of Medicine" - jednego z najważniejszych pism medycznych na świecie. W Sztokholmie słuchano ich również z dużym zainteresowaniem.

- Prowadzimy dalsze badania - powiedział "Gazecie" prof. Ponikowski. - Jesteśmy ciekawi, w jaki sposób żelazo poprawia stan chorych. Wiemy, że nie chodzi tu o anemię, ponieważ żelazo miało wpływ także na tych, którzy nie mieli śladów anemii - dodał lekarz.

Ćwicz przed wyjazdem

Pewna część zjazdowych doniesień dotyczyła medycyny sportowej. Wiadomo wszak, że regularne ćwiczenia fizyczne mają zbawienny wpływ na nasze naczynia i serca. Doskonałą tego ilustracją były badania zespołu pod kierunkiem prof. Artura Mamcarza, kierownika III Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Lekarze postanowili sprawdzić efekt uprawiania nordic walking przez osoby w dość zaawansowanym już wieku.

Do badań zaprosili 50 osób mających średnio około 71 lat (najstarszy uczestnik liczył 84 lata). Ćwiczenia w chodzeniu z kijkami odbywały się trzy razy w tygodniu przez półtora miesiąca. Każda sesja trwała 50 minut: 10 minut - rozgrzewka, 30 - właściwy spacer, 10 - ochłonięcie. Badanym mierzono ciśnienie, robiono im m.in. EKG, echo serca, sprawdzano też ich tolerancję wysiłku. Dane te porównywano z wynikami grupy, która nie ćwiczyła.

Okazało się, że osoby uprawiające nordic walking miały istotnie niższe ciśnienie krwi (zarówno skurczowe, jak i rozkurczowe), były w stanie przejść wyraźnie dłuższy dystans w teście polegającym na sześciominutowym spacerze, ponadto czuły się lepiej psychicznie.

Ale uprawianie sportu, szczególnie w sposób wyczynowy, może być też niebezpieczne dla serca. Co roku zdarzają się przypadki nagłych, nieoczekiwanych zgonów wśród młodych - wydających się okazami zdrowia - sportowców. Z tego też względu Amerykanie już od jakiegoś czasu poddają wszystkich uprawiających sport wyczynowy obowiązkowym badaniom serca. W efekcie niektórzy muszą zrezygnować z niebezpiecznych ćwiczeń. W Europie głośno się na ten temat mówi, ale wciąż brak jasnych rekomendacji.

Tymczasem świadomość własnych niedomogów może się okazać kluczowa nie tylko dla wyczynowców, ale także dla wszystkich, którzy lubią uprawiać sport. Dobrym na to przykładem są badania zespołu dr. Bernharda Metzlera z Uniwersytetu Medycznego w Innsbrucku (Austria). Metzler zajął się narciarzami odwiedzającymi Alpy Tyrolskie. W tym pięknym rejonie zimowe wakacje spędza ok. 15 mln osób rocznie. Dla niektórych jednak urlop kończy się niewesoło. Austriacy prześledzili losy ponad 1,5 tys. pacjentów przyjętych w latach 2006-10 do Kliniki Uniwersyteckiej w Innsbrucku z powodu zawału serca. 170 z nich stanowili narciarze z zagranicy - głównie Holandii i Niemiec. Okazało się, że większość z nich doznała zawału na samym początku turnusu, tj. w pierwszym lub drugim dniu wakacji. Zaledwie 19 proc. z nich miało wcześniej jakiekolwiek sygnały, że z ich sercem może być coś nie tak, tymczasem aż 70 proc. mogło się liczyć z taką ewentualnością, gdyż paliło papierosy, miało cukrzycę i/lub wysoki cholesterol (innymi słowy, miało przynajmniej dwa klasyczne czynniki ryzyka choroby wieńcowej). Jakby tego było mało, większość ruszała na narty bez żadnego przygotowania, dosłownie wprost zza biurka. 52 proc. poświęciło na ćwiczenia fizyczne przed wyjazdem mniej niż dwie godziny tygodniowo.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Kod:
zdrowie.gazeta.pl